środa, 4 grudnia 2013

Zamek i park w Mosznej

Początkiem września będąc na Opolszczyźnie odwiedziłam kolejny raz zamek w Mosznej. Jakże mogłabym pominąć to ciekawe miejsce, gdzie z wielką przyjemnością zawsze wracam. Jako, że jest to popularne miejsce odwiedzin, chętnie o nim napiszę. Jak zapewne wiecie zamek w Mosznej słynie z 365 pokoi i 99 wież i wieżyczek.



Nazwa Moszna prawdopodobnie pochodzi od rodziny Mochin, która na te tereny przybyła w 1309 roku. Z Moszną związana jest też legenda według, której przebywali tu w średniowieczu Templariusze. Przez lata zmieniali się kolejni właściciele Mosznej, aż w 1866 roku zakupił ją Hubert von Tiele-Winckler z Miechowic. W czerwcu 1896 roku spłonął częściowo barokowy pałac wybudowany za czasów rodziny von Reisewitz. 

 

W tym samym roku zostaję on odbudowany przez najstarszego syna wspomnianego wcześniej Huberta von Tiele-Winckler - Franza-Huberta, a dodatkowo zostaje dobudowane skrzydło wschodnie w stylu neogotyckim wraz z oranżerią. Zapowiedziana wizyta cesarza Wilhelma II staje się pretekstem do budowy skrzydła zachodniego w stylu neorenesansowym. 



Cesarz Wilhelm II dwukrotnie odwiedza Moszną w 1911 i 1912 roku. Kolejni członkowie rodziny von Tiele-Winckler zarządzają majątkiem do 1945 roku, kiedy to wiosną opuszczają dobra i udają się do Niemiec przed Armią Czerwoną. Jak to często bywa w czasie wojny zamek nie ucierpiał, za to stacjonujący tu w 1945 roku Rosjanie dokonali dewastacji wnętrz zamkowych oraz skradli wiele rzeźb i obrazów. Potem znajdowały się tu biura Służby Bezpieczeństwa. 

 

Od 1972 roku mieści się w zamku szpital leczenia nerwic i depresji. Teraz funkcjonuje jako Centrum Terapii Nerwic, które w tym roku został przeniesione do sąsiedniego obiektu.

 

Obecnie można skorzystać w zamku z usług hotelowych, wynajmowane są pokoje i apartamenty. Zamek można zwiedzać wraz z przewodnikiem, trasa jest prowadzona przez kilka pomieszczeń. Zbiórka dla chętnych do zwiedzania jest w holu, gdzie kupuje się bilety i ewentualne pamiątki, następnie odwiedzana jest jadalnia z piękną sztukaterią, gdzie goście zamku jedzą posiłki oraz oranżeria. 



 

 

 

 

 

 

Następnie przechodzi się w stronę kawiarni, gdzie można wypić kawę i posiedzieć przy kominku przed lub po zwiedzeniu zamku. Znajduje się tu wspaniała klatka schodkowa, którą kiedyś goście wchodzili do hrabiego, a teraz my idziemy schodami na piętro. Mamy okazję na zdjęciu zobaczyć jak kawiarnia prezentowała się przed I wojną światową.

 

 

 

 

 

 

 

Goście hrabiego szli przez galerię, my tam pójdziemy później, a teraz zaczynamy od pokoju Pod Pawiem. Jest to pokój w którym ściany ozdobione są malowidłami i zdobieniami przedstawiającymi pawie.

 

 

 

Ostatnio mieliśmy okazje zobaczyć także następny pokój, do którego normalnie drzwi pozostają zamknięte z pięknym kominkiem i stolikiem do szachów.

 

 

Wracamy się i przez pokój Pod Pawiem przechodzimy się do sali telewizyjnej czy raczej powinnam napisać świetlicy, gdzie w czasie pobytu na zamku można posiedzieć, pooglądać telewizję, poczytać książkę. Tym razem pokazane zostały tam zdjęcia z filmów kręconych na zamku. Pomieszczenie to jest tak nieciekawe, że nie mam ani jednego zdjęcia.  Za każdym razem robię zdjęcia przez okno na teren parku.

 

Wychodzimy na korytarz skąd jest możliwość wyjścia na balkon skąd widać park i przeciwległe skrzydło. 

 

 

 

 

 

Dalej idziemy do Galerii, gdzie odbywają się różne wystawy i koncerty. Dawniej bardzo bogato zdobione pomieszczenie co potwierdza fotografia w jednej z gablot w bibliotece. To tutaj goście oczekiwali na przyjecie przez hrabiego, mieli co podziwiać. Widać ogromną różnicę.







Następnie przechodzimy naprzeciw gdzie mieści się Biblioteka, jak dla mnie najpiękniejsze pomieszczenie na całej trasie zwiedzania. To tutaj hrabia przyjmował gości, na szczęście zachowało się bardzo dużo wspaniałych elementów, jak witraże, czy obramowanie drzwi. Miałam tutaj szczęście bo pani przewodnik otwarła drzwi a resztę zabrała do galerii, więc spokojnie mogłam porobić zdjęcia. W gablocie mamy dwa zdjęcia jak to wszystko wyglądało za czasów hrabiego.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Drzewo genealogiczne rodziny von Tiele-Winckler znajduje się na ścianie biblioteki.

 

Dalej idziemy po schodach w dół do Kaplicy gdzie obecnie odbywają się koncerty. Tu nasza trasa zwiedzania z przewodnikiem się kończy. Dalej mamy możliwość we własnym zakresie zwiedzania parku, który zajmuje  ponad dwieście hektarów. 

 

 

 

 

 

 

 

Wychodząc z zamkowej kaplicy wychodzimy na park i naszym oczom ukazuje się wspaniały basen z fontannami, na tle którego zamek wspaniale się prezentuje. Tutaj  też mamy możliwość obejrzenia zamku z drugiej strony.





 

 

 

 

Na głównej osi pałacu znajduje się aleja lipowa, która prowadzi do pozostałości pomnika Huberta von Tiele-Wincklera. 

 

 

Po obu jej stronach w całym parku zachowały się kanały i liczne stawy, które dawały możliwość podziwiania zamku z wody. 

 

 

 

Po prawej stronie znajduje się wyspa miłości, do którego można dojść przez uroczy mostek w stylu chińskim. Z wyspą związana jest historia nieszczęśliwej miłości.

 

 

 

 

Wracamy na aleję lipową i idziemy do pozostałości pomnika Huberta, mijamy go i udajemy się na cmentarz rodziny Tiele-Winckler. Początkowo chowani byli w kaplicy zamkowej, ale ze względu na wysoki poziom wód gruntowych zostali przeniesieni na zalesiony pagórek w odległej części parku.

 

 

 

W parku możemy spotkać wiele wiekowych gatunków drzew takich jak lipy, dęby szypułkowe, kasztanowce, sosny wejmutki czy choiny kanadyjskie. Główną atrakcją parku są jednak kwitnące wiosną azalie i rododendrony. Jak do tej pory nie miałam szczęścia być wówczas w Mosznej kiedy kwitną kwiaty większości azalii i rododendronów, albo byłam za wcześnie gdy jeszcze pąki się zaczynały rozwijać, albo za późno kiedy kwiaty już opadły. Żeby nie było, że wcale nie widziałam w Mosznej kwitnących to wstawiaj starsze zdjęcie.

 

W parku stworzył się korzystny mikroklimat dla wypoczynku i spacerując po parku bocznymi ścieżkami można spotkać liczne tablice zachęcające do ćwiczeń.

 

 

Zapomniałabym o szkielecie, który nas wita z wieży gdy przyjeżdżamy do zamku.



Wszystkich, którzy tam jeszcze nie byli lub tych co tam dawno nie byli zachęcam do odwiedzenia zamku i parku. Dziękuję także wszystkim, którzy mnie odwiedzają i dziękuję za pozostawione komentarze.

niedziela, 1 grudnia 2013

Mglisty weekend w okolicach Zawoi

W ubiegły weekend pojechałam na zakończenie sezonu z PTTK-u do Zawoi.

 

Na miejsce przyjechaliśmy w piątek wieczorem. Zostaliśmy zakwaterowanie w OW Jędruś, gdzie po kolacji, zostało odczytane sprawozdanie z działalności poszczególnych kół PTTK-u za ostatni rok i to by było na tyle jeśli chodzi o piątek. 

 

Za to w sobotę wybraliśmy się w drogę, każdy miał wybór gdzie chce iść. A więc były panie, które poszły na targ do Zawoi i dzięki nim miałam trochę sera bundz do domu. Jako że mieliśmy dwóch przewodników, mała grupka ludzi, poszła z jednym z nich, z naszego ośrodka w Zawoi przez Czatożę w stronę schroniska Markowe Szczawiny. Reszta wsiadła do autokaru, który wywiózł nas na przełęcz Krowiarki, skąd wyruszyliśmy dalej w trasę. Trzy osoby wyruszyły na Babią Górę, jedna osoba poszła swoją drogą, a reszta wyruszyła z przewodnikiem w stronę schroniska Markowe Szczawiny. 

 

 

 

Na Babią Górę się nie wybrałam z dwóch powodów, po pierwsze w tym roku nie chodziłam po górach i się trochę zasiedziałam, więc nie chciałam ryzykować, że komuś będę opóźniać wędrówkę. A po drugie była mgła, więc doszłam do wniosku, że nie warto byłoby się męczyć z wchodzeniem na górę, gdy nie ma widoczności. Aby nie siedzieć i nie czekać zbyt długo w schronisku na innych, ponieważ nasza trasa była najłatwiejszą i najkrótszą trasę, to przewodnik co chwilę robił przerwy i opowiadał różne historie, a czasem robił konkursy, na jednym postoju zadawał pytanie, a na następnym zbierał odpowiedzi, np który browar  w Polsce jest najstarszy. 

 

 

 

 

 

 

 

Powoli, w wesołej atmosferze dotarliśmy do schroniska Markowe Szczawiny, gdzie okazało się, że już czekają na nas ci co wyruszyli z ośrodka na piechotę. Razem z nami dotarła jedna z osób, co szła na szczyt Babiej, więc brakowało nam trzech osób. Przewodnicy zarządzili ok godziny czasu wolnego. 

 

 

 

Zmówiłam kawę i jabłecznik, jeszcze nie zdążyłam dostać do stolika zamówienia, a już wrócił ten co szedł swoimi drogami, okazało się że na swojej trasie wędrówki spotkał niedźwiedzia, no cóż był szczęśliwy, że cały i zdrowy doszedł do schroniska. Po dłuższej chwili, w czasie której zdążyłam zjeść jabłecznik, który był pyszny, za to kawy nie wypiłam, bo była ohydna, dotarła ostatnia dwójka. 

 

 

Mieli dużo do opowiadania, przede wszystkim na szczycie Babiej Góry widoki były niesamowite, bo udało im się wyjść ponad chmury. Przy okazji zrobili wspaniałe zdjęcia. W tym momencie zrobiło mi się trochę szkoda, że się nie zdecydowałam iść z nimi, bo my na naszej trasie widzieliśmy tylko mgłę. 
 
 

 

 

 

Gdy nasza przerwa się skończyła wszyscy razem wyruszyliśmy w stronę Zawoi Składy gdzie mieści się nasz ośrodek. Nasza droga nie obyła się bez ofiar, jednej z pań rozczłapały się buty i póki szła po kamieniach, wszystko było dobrze, w pewnym momencie gdy weszła na trawę, tak niefortunnie stanęła, że skręciła nogę w kostce. Nie wiem jakim cudem doszła do naszego ośrodka.  

 

 

 

 

 

W ośrodku dostaliśmy obiad i czas na odpoczynek przed wieczorem. Następnie zostaliśmy zaproszeni na kolację do której przygrywała nam kapela góralska. Bawiliśmy się do trzeciej nad ranem, były tańce i śpiewy. 

 

 

 

Niedziela zleciała nam dość szybko. Po śniadaniu wyruszyliśmy sporą grupą do pobliskiego kościoła na mszę. 

 

 

 

Gdy wróciliśmy reszta już na nas czekała i poszliśmy do Skansenu w Zawoi Markowej. Zaczął padać deszcz i nawet się iść nie bardzo chciało. Na miejscu skansen mnie nie oczarował, bo to tylko trzy budynki, na dodatek zamknięte na kłódkę, okolica zaniedbana, płot się rozlatuje, trawa nie skoszona. Nie wiem czy warto tu latem wrócić. Rozczarowana skansenem nie bardzo mi się chciało dalej iść, okazało się, że reszta podziela moje zdanie i maleńka garstka zaledwie pięciu osób poszła dalej, a większość się wróciła do ośrodka. Po obiedzie wróciliśmy w drogę powrotną do domu. 

 

 

 

 

 

 

W czasie wyjazdu okazało się, że moje trapery wyzionęły ducha, zaczęły puszczać szwy w dwóch miejscach. Jako, że mają już ponad dwanaście lat to najwyższa pora kupić nowe. Dziś byłam na zakupach i mam już nowe buty.

sobota, 23 listopada 2013

Palmiarnia w Gliwicach

W niedzielę odwiedziłam  Palmiarnię w Gliwicach, gdyż dowiedziałam się, że w ostatnim czasie po przerwie została znów otwarta do zwiedzania. W palmiarni wybudowano nowe pawilony, w których mieszczą się cztery potężna akwaria.

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...