czwartek, 27 lutego 2014

Plaże w Nazaré w Portugalii

Mamy czas kiedy powoli trzeba zacząć planować wakacyjne wyjazdy. Jest to też czas, kiedy wspominamy słoneczne dni, gdy odpoczywaliśmy z dala od szarej rzeczywistości. Dla mnie jednym z takich dni, o których myślę w dniach, kiedy za oknem szaro i buro, był odpoczynek w Nazaré.  

 

Nazaré jest to bardzo malowniczo położona miejscowość na klifie nad oceanem Atlantyckim na zachodzie Portugalii. W dole znajduje się wspaniała piaszczysta plaża, która cieszy się dużą popularnością wśród turystów. 

 

 

 

Większość jednak korzysta tylko z kąpieli słonecznych, bo kąpiel w oceanie jest bardzo ryzykowna. 

 

 



Jest tylko niewielkie wyznaczone miejsce gdzie pod okiem ratownika można się kąpać. 

 


Oczywiście musiałam iść popływać, jakby mogło być inaczej. Trzeba było bardzo uważać, bo fala potrafiła w mgnieniu oka przewrócić dorosłego człowieka jak kukiełkę. Najtrudniej było wejść i wyjść z wody. Jak już się weszło, to spokojnie można było pływać przy brzegu. Dla bezpieczeństwa kąpiących jest lina w  wodzie, której można się chwycić w razie konieczności.







Widoki były niesamowite, a woda w słońcu mieniła się milionami iskierek.













Na koniec suszone ryby, które suszyły się wzdłuż deptaku.







I jeszcze parę zdjęć z pięknego Nazaré.







O samym Nazaré i jego innych atrakcjach napisze innym razem. 

Życzę wszystkim miłego dnia.

wtorek, 25 lutego 2014

Sztolnia Czarnego Pstrąga w Tarnowskich Górach

Parę miesięcy temu byłam w Kopalni Srebra w Tarnowskich Górach o czym pisałam na blogu - klik. Zrobiło mi się trochę szkoda, że nie byłam w pobliskiej Sztolni Czarnego Pstrąga, to wybrałam się tam tydzień później. 

 

Wyjazd rozpoczął się trochę niefortunnie, bo po przejechaniu ok 30 km od domu okazało się, że na siedzeniu w samochodzie obok mnie miał być aparat i torebka, a jest sama torebka. 

niedziela, 23 lutego 2014

Kościół św Anny w Ustroniu Nierodzimiu.

Jeżdżąc do Ustronia od dziecka zwykle chodziliśmy w niedzielę do kościoła św Klemensa w centrum. Dwa lata temu zapoczątkowałam nową tradycję i zaczęliśmy odwiedzać inne ustrońskie kościoły.  

 

Znając moją miłość do architektury drewnianej pewnie się domyślacie, że na pierwszy ognień oczywiście poszedł kościół drewniany w Ustroniu Nierodzimiu pw Św Anny. 

 

Nierodzim dawniej był wsią, która w 1974 roku została wchłonięta do Ustronia.



Na miejscu obecnego kościoła, stał kiedyś kościół protestancki, który był kościołem filialnym parafii ze Skoczowa. 

 

Czas jego powstania nie jest wiadomy, gdyż dokumentacja spłonęła w czasie wielkiego pożaru w Skoczowie w 1713 roku. 

 

Warto dodać, że w Nierodzimiu zamieszkiwali zarówno katolicy jak i protestanci. Habsburgowie należący do wiary katolickiej odebrali w 1654 roku protestantom kościół i przekazali katolikom. Z czasem zaczął popadać w ruinę i grozić zawaleniem. 

 

Kościół ten został rozebrany i wybudowano nowy, dzięki dotacji w postaci drewna dębowego przez właściciela pobliskich Hermanic Antoniego Goczałkowskiego. 

 

Nowo wybudowany kościół został poświęcony w 1769 roku. Początkowo bardzo skromny, nie miał nawet podłogi i ławek, które wykonano dopiero dwadzieścia lat później.  



Wieża kościelna została wybudowana znacznie później, bo aż w 1938 roku.

  

 Z lewej strony znajduje się rokokowa ambona pochodząca z II połowy XVIII w.

 

Z prawej mamy ołtarz MB Częstochowskiej. Jak widać trafiłam na dożynki i dary złożone przez miejscową ludność leżały pod ołtarzem, z wyjątkiem buraków, które wisiały na gwoździu.

 

Ołtarz główny jest późnobarokowy i pochodzi z końca XVIII wieku. W centralnym jego punkcie znajduje się obraz Anny Samotrzeciej pochodzący z 1704 roku. Otaczają go rzeźby przedstawiające św Józefa i św Jakuba oraz Boga Ojca, a także aniołki.

 

Budynek kościoła znajduje się w bardzo dobrym stanie, gdyż przez lata wielokrotnie był odnawiany i remontowany.

 

Ostatnie prace były prowadzone w 2007 roku, w czasie których wymieniono pokrycie gontowe czyli został odnowiony dach.

 

Kościół otoczony jest cmentarzem, liczącym blisko 600 lat, na którym rosną wiekowe lipy drobnolistne.



W pewnym oddaleniu od budynku kościoła została w 2000 roku wybudowana dzwonnica, na której zainstalowano 4 dzwony.



Kościół ten zapadł mi w pamięć, gdyż w czasie mszy ciągle dzwonił mi telefon, a raczej powinnam napisać wibrował. Tak się złożyło, że rodzina próbowała się ze mną skontaktować z lotniska, aby się pożegnać przed odlotem. Byli na tyle natrętni, że wystraszyłam się, iż coś się stało. Nie dawało mi to spokoju i musiałam wyjść z kościoła w czasie mszy i odebrać telefon.

piątek, 21 lutego 2014

Spacer po parku zamkowym w Żywcu.

W sobotę po kuligu pojechaliśmy do Żywca. Tu mieliśmy nie całe dwie godziny czasu wolnego. Był dylemat co robić, bo do browaru za daleko, a na jakieś większe zwiedzanie miasta też za mało czasu. Postanowiłam wybrać się na spacer w stronę zamku. Okazało się, że zamek był otwarty, ale nie sprzedali mi biletu, bo nie zdążę obejść wszystkich ekspozycji do zamknięcia. Kłócić się nie będę, więc poszłam na spacer po zamkowym parku. Najpierw podeszłam do chińskiego pawilonu, później obserwowałam ptactwo pływające dokoła pawilonu. Jako, że czasu było jeszcze sporo wybrałam się do mini zoo znajdującego się na końcu parku. Tam miałam okazję zobaczyć pawia w pełnej krasie i inne zwierzątka. Wracając do autokaru zahaczyłam jeszcze o kościół i rynek.
 
 

środa, 19 lutego 2014

Kulig w Soblówce

W sobotę pojechałam, jak co roku z PTTK-iem na kulig. W tym roku odbył się w Soblówce, u podnóża Rycerzowej i jego główną atrakcją był śnieg, coś niespotykanego tej zimy.

 

Gdy przyjechaliśmy na umówione miejsce trzy wozy i koniki już na nas czekały. Jak wsiadłam na wóz, to dopiero rozejrzałam się i zobaczyłam, że stoimy pod kościołem Niepokalanego Serca NMP w Soblówce. 

 

Kiedy nasi organizatorzy załatwili formalności i wszyscy zajęli swoje miejsca wyruszyliśmy w trasę.

 

Jakie było ogromne nasze zdziwienie, bo widzieliśmy śnieg, którego się wcale nie spodziewaliśmy. No bo jak się spodziewać śniegu, kiedy w dzień temperatura dochodzi do +12 stopni. 

 

Trasa naszego kuligu częściowo pokrywała się z trasą papieską, która oznakowana jest głazami z odpowiednimi tabliczkami.

 
 
Malowniczą trasą przez las wywieźli nas do góry, gdzie w szałasie mieliśmy wszystko przygotowane na nasze przybycie. 

 

 

Ulokowaliśmy się przy stołach dokoła ogniska, na którym czekały już upieczone ogromne kiełbasy. 

 

Do kiełbasy oczywiście był chleb, musztarda i ketchup, a na rozgrzewką można się było napić gorącej herbaty z sokiem malinowym. 

 

Gdy zjedliśmy kiełbasę czekała na nas kolejna niespodzianka - oscypek na ciepło. 

 

Pojadłam, popiłam i teraz był czas żeby rozejrzeć się po okolicy.

 

Profilaktycznie poszłam zapytać przewodnika ile mamy tutaj czasu, to mnie poinformował, że o 16:30 wyjazd z Żywca.

 

Tak więc powinnam się już zbierać, żeby być na czas, bo mi dużo czasu nie zostało, żeby te 40 km przejść.

 

Jako, że nie uzyskałam konkretnej odpowiedzi, choć można powiedzieć, że uzyskałam odpowiedź, ale nie taką jakiej oczekiwałam. Tak więc dalej nie wiedziałam kiedy odjeżdżamy spod szałasu.

 

A co będę siedzieć, poszłam się rozejrzeć. Zarówno na trasie jak i pod szałasem, można było spotkać wiele ściętych pni drzew w całości lub pociętych na mniejsze kawałki.

 


Zachwyciły mnie sople na rzeczce, taki niespotykane widok tej zimy.

 

Za to rewelacyjnie układały się wzorki na powierzchni potoczku z drugiej strony drogi.

 

 

Kolejną taką niespodziewana rzeczą była bitwa na śnieżki, przynajmniej dzieciaki miały uciechę.



Jako, ze kulig odbył się dzień po walentynkach, to jeszcze mieliśmy zaręczyny jednej pary. Na ale co dobre to się szybko kończy i trzeba wsiadać na wóz, wracamy.









Nasze koniki odjechały, a my wsiadamy do autokaru i wyruszamy w dalsza drogę.



Sezon turystyczny 2014 można uznać za otwarty.  

Dziękuję za odwiedziny i komentarze. Życzę wszystkim miłego dnia.
 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...